
Marcin Ginel – Partner Zarządzający Kancelarii Oldman Sage, były prezes zarządu ZE PAK S.A., Plus Banku S.A. i Vindix S.A., doradca zarządu Grupy Cyfrowy Polsat/PLUS, dyrektor w Pricewaterhouse Coopers (PwC).
Polska transformacja energetyczna ma w sobie coś z narodowego teatru: dużo scenografii, liczne zapowiedzi premiery, bogaty program konferencyjny i niezmiennie kłopot z samym przedstawieniem. Od lat wiemy, że energetyka oparta na węglu będzie coraz droższa, bardziej ryzykowna regulacyjnie i coraz mniej konkurencyjna dla przemysłu. Od lat wiemy też, że potrzebujemy stabilnych, zeroemisyjnych źródeł mocy, które nie zależą ani od humoru pogody, ani od kalendarza wyborczego. Mimo to polski atom pozostaje w dużej mierze projektem przyszłym, a przyszłość — jak wiadomo — ma w polskiej energetyce tę zaletę, że można ją bez końca aktualizować.
Problem SMR-ów, czyli małych modułowych reaktorów jądrowych, nie polega na tym, że Polska nie ma dokumentów strategicznych. Dokumentów mamy pod dostatkiem. Mamy polityki, programy, decyzje zasadnicze, opinie, komunikaty, listy intencyjne i fotografie z podpisywania porozumień. Brakuje natomiast tego, co w poważnym projekcie infrastrukturalnym decyduje o przejściu od prezentacji do betonu: stabilnego modelu regulacyjnego, bankowalnego mechanizmu wsparcia, realnej ścieżki przyłączenia, przewidywalnego harmonogramu administracyjnego i politycznej determinacji odpornej na zmianę dekoracji przy Alejach Ujazdowskich.
Oficjalnie Polska widzi w atomie jeden z filarów transformacji. W rządowej Polityce energetycznej Polski do 2040 r. zapisano kierunek budowy około 6–9 GW mocy jądrowych, a potrzeby inwestycyjne całej transformacji paliwowo-energetycznej oszacowano na niemal 200 mld euro. Ten sam dokument mówi o wycofywaniu znacznej części mocy węglowych, potrzebie rozbudowy sieci, magazynów energii i źródeł zeroemisyjnych. Brzmi to rozsądnie. Problem w tym, że w energetyce między słowem „strategia” a słowem „megawat” leży przepaść, której nie da się zasypać ani komunikatem prasowym, ani kolejnym panelem dyskusyjnym.
Twarde dane są bezlitosne. Według World Nuclear Association w 2024 r. Polska wyprodukowała 169 TWh energii elektrycznej, z czego 94,6 TWh, czyli 56 proc., pochodziło z węgla. Gaz odpowiadał za kolejne 12 proc., wiatr za 15 proc., fotowoltaika za 9 proc. Innymi słowy: państwo, które od lat deklaruje transformację, wciąż opiera ponad połowę produkcji energii elektrycznej na paliwie najbardziej obciążonym kosztami emisji, politycznie najtrudniejszym i inwestycyjnie najmniej przyszłościowym.
Na tle Europy kontrast jest jeszcze ostrzejszy. W 2025 r. — według danych Ember przywoływanych przez europejskie media — wiatr i słońce po raz pierwszy wytworzyły w Unii Europejskiej więcej energii elektrycznej niż paliwa kopalne: 30 proc. wobec 29 proc. Jednocześnie Polska nadal miała około 51 proc. produkcji energii elektrycznej z węgla, podczas gdy Dania 71 proc. energii elektrycznej wytwarzała z wiatru i słońca. Nie chodzi tu o prosty zachwyt nad OZE. Chodzi o fakt, że Europa przesuwa strukturę kosztów, a Polska nadal płaci rachunek za strukturę sprzed epoki transformacji.
Dyskusja o „najdroższej energii” wymaga precyzji, bo w energetyce populizm statystyczny bywa równie niebezpieczny jak populizm polityczny. Polska nie zawsze jest krajem z absolutnie najwyższą ceną końcową energii elektrycznej w Europie czy na świecie w każdej kategorii odbiorców. Wyższe ceny końcowe gospodarstw domowych czy przemysłu notują często Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Dania albo Irlandia, zależnie od metodologii, podatków, opłat sieciowych i kursów walut. Ale dla biznesu ważniejsza jest inna prawda: Polska konkuruje przemysłem w Europie, która jako całość ma dramatycznie droższą energię niż główni rywale globalni. Analiza IEA przywoływana przez „Wall Street Journal” wskazywała, że średnie ceny energii elektrycznej dla przemysłu ciężkiego w Unii Europejskiej pozostają około dwukrotnie wyższe niż w USA i około 50 proc. wyższe niż w Chinach. Jeżeli do tego Polska dokłada miks oparty na węglu, koszty CO₂, deficyty sieciowe i niestabilność regulacyjną, to powstaje nie przewaga konkurencyjna, lecz elegancko opakowany podatek od braku decyzji.
W tym kontekście SMR-y nie są gadżetem technologicznym dla entuzjastów atomu. Są potencjalnie jednym z najbardziej racjonalnych narzędzi dla przemysłu, ciepłownictwa, centrów danych, chemii, hutnictwa i dużych odbiorców, którzy potrzebują stabilnej, zeroemisyjnej energii w podstawie. Reaktor BWRX-300 projektowany przez GE Vernova Hitachi ma moc do 300 MW, 60-letni projektowany okres pracy, pasywne systemy bezpieczeństwa, a producent wskazuje, że kolejne jednostki seryjne mogą być budowane w około 24–36 miesięcy od pierwszego betonu jądrowego do gotowości załadunku paliwa. Pierwszy komercyjny BWRX-300 jest już w fazie budowy w kanadyjskim Darlington, z planowanym uruchomieniem w 2030 r.
Nie oznacza to, że SMR-y są magiczną różdżką. Nie są. To nadal energetyka jądrowa: kapitałochłonna, regulacyjnie wymagająca, technologicznie wrażliwa i politycznie drażliwa. Ale właśnie dlatego potrzebuje państwa, które rozumie swoją rolę. Państwo nie musi budować każdego reaktora. Musi natomiast zbudować rynek, na którym prywatny kapitał może podjąć ryzyko technologiczne i wykonawcze, nie dokładając do niego jeszcze ryzyka arbitralności administracji, nieczytelnej polityki cenowej i wieloletniego błądzenia po urzędach.
W Polsce formalnie coś się dzieje. I byłoby niesprawiedliwe udawać, że nie dzieje się nic. Krajowy regulator, Państwowa Agencja Atomistyki, wydał pozytywną ogólną opinię dla założeń projektowych BWRX-300, potwierdzając zgodność podstawowych założeń z polskimi standardami bezpieczeństwa jądrowego i ochrony radiologicznej. Rząd wydał decyzję zasadniczą dla budowy do 24 reaktorów BWRX-300 w lokalizacjach wskazywanych przez Orlen Synthos Green Energy, a Włocławek został ogłoszony pierwszym miejscem rozwijania projektu.
Tyle że decyzja zasadnicza nie jest jeszcze projektem bankowalnym. Nie jest pozwoleniem na budowę. Nie jest decyzją środowiskową. Nie jest umową przyłączeniową. Nie jest kontraktem różnicowym. Nie jest gwarancją popytu. Nie jest modelem finansowania. Jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym. W praktyce inwestor SMR w Polsce nadal musi przejść przez klasyczny, ciężki reżim atomowy, projektowany przede wszystkim z myślą o dużych elektrowniach jądrowych: decyzję zasadniczą, procedurę środowiskową, lokalizacyjną, uzgodnienia transgraniczne, licencjonowanie jądrowe, pozwolenia budowlane, kwestie paliwa, odpadów, ochrony fizycznej, zabezpieczeń, przyłączenia i rynku energii. Technologia jest mniejsza, ale segregator — jak to zwykle w Polsce — zachowuje godność gabarytu narodowego.
Tu właśnie ujawnia się istota porażki państwa. Polski rząd potrafi stworzyć specjalny model wsparcia dla dużej elektrowni jądrowej w Lubiatowie-Kopalinie: dokapitalizowanie, gwarancje długu, kontrakt różnicowy i specjalne rozwiązania dla państwowego wehikułu PEJ. Według World Nuclear Association rząd zatwierdził finansowanie rzędu prawie 15 mld dolarów, gwarancje długu oraz dwustronny kontrakt różnicowy zapewniający stabilność przychodów przez 60-letni okres pracy elektrowni; Komisja Europejska badała zgodność tego wsparcia z zasadami pomocy publicznej, a w 2025 r. podpisano ustawę przewidującą publiczne finansowanie PEJ w latach 2025–2030.
Dla SMR-ów analogicznej architektury nie ma. Jest zainteresowanie przemysłu, są technologie, są wstępne decyzje, są lokalizacje, są ambicje. Brakuje natomiast systemu. A inwestycji jądrowych nie robi się ambicją. Ambicją można wygrać konferencję. Reaktor buduje się prawem, kapitałem, wykonawstwem i harmonogramem.
Przypadek Michała Sołowowa jest tu szczególnie wymowny. Sołowow od lat należy do najważniejszych prywatnych promotorów SMR-ów w Europie Środkowej. To kapitał przemysłowy, a nie akademicka fantazja. Tym bardziej symboliczne jest to, że jego najnowszy, spektakularny projekt został ogłoszony w Wielkiej Brytanii. Konsorcjum kierowane przez Sołowowa zapowiedziało plan budowy 14 małych reaktorów modułowych w trzech lokalizacjach w Wielkiej Brytanii, przy nakładach prywatnych rzędu 35 mld funtów, z technologią BWRX-300 i potencjalnym wykorzystaniem energii m.in. dla centrów danych. Każdy reaktor ma mieć 300 MW, a projekt ma ubiegać się o rządowy kontrakt wsparcia zapewniający stabilny, konkurencyjny poziom ceny energii od momentu rozpoczęcia produkcji.
Najważniejsze w tej historii nie jest nawet 35 mld funtów. Najważniejsze jest sformułowanie „clear path to market” — jasna ścieżka dojścia do rynku. Sołowow wprost wskazywał, że brytyjskie ramy dla zaawansowanej energetyki jądrowej tworzą przewidywalną drogę dla inwestora. Tom Greatrex z brytyjskiego Nuclear Industry Association oceniał z kolei, że brytyjski system wsparcia ożywił zainteresowanie prywatnie prowadzonymi projektami jądrowymi. To brzmi jak komplement dla Londynu, ale dla Warszawy powinno brzmieć jak akt oskarżenia.
Bo oto polski prywatny kapitał jądrowy, z polskim doświadczeniem przemysłowym i polską motywacją transformacyjną, znajduje czytelniejszą ścieżkę rozwoju w Wielkiej Brytanii niż w Polsce. Jeśli państwo polskie chciało udowodnić, że potrafi przyciągać strategiczne inwestycje zeroemisyjne, wybrało osobliwą metodę: sprawić, by najaktywniejsi inwestorzy zaczęli szukać tlenu regulacyjnego za granicą.
Nie chodzi o to, że Wielka Brytania jest rajem energetycznym. Nie jest. Brytyjski system ma własne problemy: drogie projekty wielkoskalowe, napięcia sieciowe, wysokie koszty energii, starzejący się park jądrowy. Ale Wielka Brytania rozumie, że prywatny atom nie powstanie od samego entuzjazmu inwestora. Potrzebuje kontraktu różnicowego, przewidywalnego rynku, udziału państwa w redukcji ryzyka i politycznej deklaracji, która ma skutki finansowe, a nie tylko medialne.
W Polsce natomiast SMR-y traktuje się trochę jak elegancki dodatek do transformacji: można o nich mówić, można je pokazywać, można wpisać do prezentacji, ale gdy przychodzi do pytania o gwarantowaną cenę, przyłączenie, zasady finansowania, pomoc publiczną, odbiór ciepła systemowego, współpracę z przemysłem energochłonnym i harmonogram decyzji środowiskowych, nagle zaczyna się ulubiona polska konkurencja administracyjna: bieg przez mgłę.
Eksperci energetyczni od lat wskazują, że Polska nie ma luksusu czekania. Część mocy węglowych będzie wypadać z systemu ze względu na wiek, koszty emisji, wymogi środowiskowe i ekonomię pracy. OZE będą rosły, ale wymagają sieci, magazynów i elastyczności. Gaz może pełnić rolę przejściową, ale po doświadczeniach wojny w Ukrainie trudno uznać go za fundament suwerenności energetycznej. Wielkoskalowy atom jest potrzebny, lecz jego pierwszy blok — według aktualizowanych harmonogramów — nie rozwiąże problemu tej dekady. World Nuclear Association wskazuje dziś plan uruchomienia pierwszych dużych jednostek około 2036 r., podczas gdy wcześniejsze deklaracje mówiły nawet o początku lat 30. XXI wieku.
I tu SMR-y mogłyby mieć sens systemowy. Mogłyby pracować blisko przemysłu, zastępować źródła węglowe w wybranych lokalizacjach, stabilizować ciepłownictwo, zasilać klastry przemysłowe, produkcję wodoru, centra danych i energochłonne procesy technologiczne. Mogłyby też wykorzystać część istniejącej infrastruktury energetycznej i lokalizacji poprzemysłowych. Właśnie dlatego pierwotne zapowiedzi Orlen Synthos Green Energy, KGHM, Synthosu, Ciechu czy innych podmiotów przemysłowych były traktowane poważnie. To nie był kaprys. To była odpowiedź rynku na lukę pozostawioną przez państwo.
Sarkazm polega na tym, że państwo polskie lubi mówić o bezpieczeństwie energetycznym, ale zbyt często rozumie je jako bezpieczeństwo procesu decyzyjnego przed decyzją. Bezpiecznie jest analizować. Bezpiecznie jest konsultować. Bezpiecznie jest powoływać zespoły. Bezpiecznie jest „monitorować sytuację”. Niebezpiecznie jest natomiast stworzyć mechanizm, który przerzuca transformację z poziomu deklaracji na poziom bilansów spółek, kosztów kapitału i odpowiedzialności administracji.
Tymczasem konkurenci nie czekają. Niemcy, mimo własnych błędów związanych z odejściem od atomu, uruchamiają mechanizmy osłonowe dla przemysłu energochłonnego: rząd zapowiedział obniżenie ceny energii dla ciężkiego przemysłu do około 5 eurocentów za kWh, wobec poziomu około 15 eurocentów, na lata 2026–2028, aby ratować konkurencyjność przemysłową. Wielka Brytania tworzy ramy dla prywatnych projektów jądrowych. Francja odbudowuje program jądrowy. Czechy rozwijają nowe bloki i inwestują w SMR-y. Polska zaś wciąż zadaje pytanie, czy przyszłość może poczekać, najlepiej do następnej kadencji.
Z perspektywy prawniczo-biznesowej warunki dla SMR-ów w Polsce powinny zostać przebudowane w kilku punktach. Po pierwsze, potrzebna jest dedykowana ścieżka regulacyjna dla seryjnych projektów SMR: bez obniżania standardów bezpieczeństwa, ale z eliminacją powtarzalności postępowań tam, gdzie technologia, projekt i parametry bezpieczeństwa są identyczne. Po drugie, konieczny jest mechanizm wsparcia przychodów — kontrakt różnicowy, regulowany model taryfowy albo inna forma długoterminowego zabezpieczenia ceny energii — dostępny również dla projektów prywatnych, a nie tylko dla państwowego programu wielkoskalowego. Po trzecie, potrzebna jest jasna polityka lokalizacyjna dla terenów poprzemysłowych i energetycznych, w tym miejsc po jednostkach węglowych. Po czwarte, państwo musi rozstrzygnąć, jak traktuje energię z SMR-ów w kontraktach dla przemysłu, ciepłownictwa i centrów danych. Po piąte, regulator jądrowy musi otrzymać zasoby kadrowe i finansowe adekwatne do skali ambicji, bo nawet najlepszy urząd nie przeprowadzi rewolucji atomowej metodą nadgodzin.
Najważniejsze jest jednak co innego: państwo musi przestać mylić neutralność technologiczną z biernością. Neutralność technologiczna oznacza, że państwo nie faworyzuje ideologicznie jednej technologii, lecz tworzy ramy dla tych rozwiązań, które dostarczają energię stabilnie, bezemisyjnie i konkurencyjnie. Bierność oznacza, że państwo czeka, aż inwestor sam rozwiąże problemy, które są z natury publiczne: rynek mocy, sieć, cena, bezpieczeństwo, odpady, akceptacja społeczna, pomoc publiczna, relacja z Komisją Europejską. W Polsce zbyt często neutralność jest tylko elegancką nazwą dla braku odwagi.
Nie można też pominąć społecznego wymiaru sprawy. Poparcie dla atomu w Polsce jest dziś bardzo wysokie. Według danych przywoływanych przez World Nuclear Association badanie CBOS z grudnia 2024 r., zlecone przez resort klimatu, pokazywało ponad 92 proc. poparcia dla budowy elektrowni jądrowych w Polsce. To oznacza, że problemem nie jest społeczeństwo. Problemem jest państwo. Obywatele w znacznej większości rozumieją potrzebę atomu lepiej niż administracja rozumie potrzebę sprawczości.
Bilans jest więc surowy. Polska nie zdała egzaminu z transformacji atomem nie dlatego, że nie wypowiedziała słowa „atom”. Wypowiada je chętnie. Nie zdała go dlatego, że przez lata nie stworzyła realnego, przewidywalnego, bankowalnego systemu wdrożenia technologii jądrowych w tempie odpowiadającym potrzebom gospodarki. W dużym atomie państwo wreszcie zaczęło budować model wsparcia, choć z opóźnieniem, rosnącymi kosztami i harmonogramem, który bardziej ćwiczy cierpliwość niż konkurencyjność. W SMR-ach państwo nadal pozwala, by prywatny kapitał, przemysł i technologia wyprzedzały regulacje.
A przecież stawka jest znacznie większa niż prestiż jednego projektu. Chodzi o koszt energii dla polskiego przemysłu, atrakcyjność inwestycyjną kraju, możliwość rozwoju centrów danych, produkcji wodoru, nowoczesnej chemii, hutnictwa, elektro mobilności i całego łańcucha wartości gospodarki zeroemisyjnej. Jeżeli Polska nie zbuduje stabilnego źródła taniej, czystej energii w podstawie, będzie importować nie tylko energię. Będzie importować cudzą przewagę konkurencyjną.
SMR-y nie są odpowiedzią na wszystkie pytania. Ale są jednym z tych pytań, których państwo polskie nie powinno dłużej odkładać. Bo w energetyce rachunek za zwłokę nie przychodzi w formie eseju. Przychodzi w taryfie, fakturze, utraconej inwestycji i decyzji przemysłowca, który wybiera inną jurysdykcję. W świecie atomu kapitał płynie tam, gdzie ryzyko jest nazwane, podzielone i wycenione. Nie tam, gdzie jest uroczyście omawiane.
Polska ma ludzi, przemysł, lokalizacje, doświadczenie energetyczne i społeczne poparcie dla atomu. Ma też kapitał prywatny, który pokazał, że nie boi się tej technologii. Nie ma natomiast — nadal — państwa, które potrafiłoby zamienić ambicję SMR w mechanizm inwestycyjny. A to już nie jest problem technologii. To jest problem jakości rządzenia.
I być może właśnie dlatego najbardziej polskim zdaniem o SMR-ach jest dziś nie „zbudujemy”, lecz „analizujemy”. Szkoda tylko, że prądu nie da się produkować analizą.